czwartek, 25 kwietnia 2019

Fundamenty wiary


1.Ewangelie czytane w Wielkanoc i przez cały czas Oktawy mówią o spotkaniach uczniów ze zmartwychwstałym Chrystusem. Niewątpliwie te spotkania, w fachowej literaturze zwane „chrystofaniami” (czyli „ukazywaniami się” Chrystusa), stanowią najważniejszą podstawę dla wiary uczniów w zmartwychwstanie. Spotkanie twarzą w twarz z Mistrzem, którego widzieli konającego na krzyżu, jest w stanie - choć nie bez oporów - przekonać ich, że naprawdę dokonało się coś po ludzku niewyobrażalnego. Uczniowie stają się świadkami zmartwychwstania, a ich świadectwo będzie miało dla pierwotnego Kościoła podstawowe znaczenie. To dlatego św.Paweł pieczołowicie przekazuje kolejność chrystofanii, powtarzając, że Chrystus „ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom” (1 Kor 15, 5-7).

2.Wiara w zmartwychwstanie nie opiera się jednak wyłącznie na chrystofaniach. Można się domyślać, że gdyby nie towarzyszyły im inne, obiektywne znaki, takie jak pusty grób czy cuda działane w imię Chrystusa zmartwychwstałego, to same chrystofanie mogłyby zostać uznane za złudzenie. 

3.Pośród tych innych znaków szczególne miejsce zajmuje argument z Pisma Świętego. Kiedy się słucha czytań w Oktawie Wielkiej Nocy, może aż dziwić, jak wielką wagę pierwotny Kościół przywiązywał do tego, że zmartwychwstanie nie było jakąś Bożą improwizacją, ale spełnieniem zapowiedzi Starego Testamentu. To dlatego Ewangelista Jan pisząc o uczniu, który wraz z Piotrem biegł do grobu, a potem ujrzał leżące płótna i uwierzył, dodaje: „dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych” (J 20,9). Piotr w dniu Pięćdziesiątnicy, komentując Psalm 16, mówi o Dawidzie, autorze Psalmu, że „widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani, ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi” (Dz 2,31). Sam Jezus mówi do uczniów w drodze do Emaus: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. Dalej Ewangelista dodaje, że, „zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk 24, 25-27). A kiedy przychodzi raz jeszcze do Apostołów zebranych w Jerozolimie, mówi: „To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach”. Dowiadujemy się też, że „wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma” (Łk 24, 44-45).

4.W naszych czasach argument ze spełnienia proroctw nie ma już chyba pierwszoplanowego znaczenia. To, co wydaje mi się jednak warte zauważenia, to fakt, że Apostołowie, głosząc zmartwychwstanie Chrystusa, nie oparli się tylko na jednym rodzaju argumentów, ale widzieli ich różnorodność. Czym innym było świadectwo o chrystofaniach, czym innym pusty grób, a czym innych potwierdzenie zmartwychwstania, które znajdowali w Prawie i u Proroków. Dopiero wszystkie te argumenty razem stawały się mocna podstawą dla wiary paschalnej.

5.Tę sytuację można chyba rozszerzyć na każde argumentowanie za prawdziwością wiary chrześcijańskiej. Być może najłatwiej byłoby, gdyby wszystko się dało wyprowadzić z jednego sposobu argumentacji, np. z danych historycznych (które jednoznacznie potwierdzałyby autentyczność przekazów ewangelicznych), ze studiów porównawczych nad religiami (które pomogłyby pokazać oryginalność i wyższość chrześcijaństwa w stosunku do innych religii) czy z argumentacji filozoficznej (która wskazywałaby, że chrześcijaństwo absolutnie jako jedyny system myślowy wyjaśnia tajemnicę świata i człowieka). Gdyby znaleźć taki punkt archimedesowy, na którym dałoby się oprzeć wszystko… Tymczasem ten proces argumentacji ma zawsze charakter współgrania różnego rodzaju argumentów, które w jakimś sensie zależą jeden od drugiego, podobnie jak to było w przypadku pierwszego głoszenia zmartwychwstania: chrystofanie pomogły rzucić nowe światło na Stary Testament, z kolei pusty grób podbudowywał wiarygodność chrystofanii, i tak dalej…


6.Przychodzi mi tu na myśl pewien obraz: jedna (chyba nie jedyna?) z technik budowania mostów, która polega na tym, że zaczyna się budować z wielu różnych miejsc, w taki sposób, że dopiero jak wszystkie filary są gotowe, stanowią wystarczająco silną podstawę by rozciągnąć między nimi powierzchnię, po której bezpiecznie będą mogły jeździć samochody i pociągi. Podobnie jest z wiarą. Żeby ukazała nam się jej wiarygodność, trzeba budować jednocześnie z wielu miejsc, tzn. równocześnie słuchać różnych argumentów, z których jeden nie wynika z drugiego (żaden nie jest „komórką macierzystą”, z której można wyprowadzić wszystko), ale wszystkie stoją na tym samym poziomie i wzajemnie się wspierają. Ważne są argumenty historyczne, takie jak pusty grób czy w ogóle wiarygodność Ewangelii jako dokumentu historycznego. Ważne są argumenty związane bardziej z ludzkim wnętrzem, jak choćby ten, który odwołuje się do nieskończonego pragnienia, które ożywia ludzkie serce. Ważne są wreszcie te, które dotyczą samej treści wiary, na przykład wskazując na to, jak chrześcijańska moralność odpowiada ludzkiej naturze. Jest jeszcze wiele innych typów argumentów. Dopiero wszystkie razem, zależąc od siebie nawzajem, tworzą dla wiary mocną podstawę.

7.To, co napisałem powyżej, dotyczy różnego rodzaju argumentów intelektualnych, ale można też widzieć to szerzej. Swego rodzaju argumentem może być np. moje osobiste doświadczenie, świadectwo kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, czy też tradycja rodzinna, w której wzrosłem. I tutaj chodzi o różnorodność, której znaczenie świetnie ujął angielski apologeta chrześcijaństwa, G.K.Chesterton:

„Moje dowody, podobnie jak dowody inteligentnego agnostyka, nie wynikają tak naprawdę z takiej czy innej linii dowodzenia; są one raczej zbiorem drobnych, ale zgadzających się ze sobą faktów (…). Chodzi mi o to, że trudniej przekonać się do jakiejś filozofii na podstawie czterech książek niż na podstawie jednej książki, jednej bitwy, jednego pejzażu i jednej opowieści starego przyjaciela. Różnorodność dowodów zwiększa jedynie znaczenie faktu, że wszystkie one prowadzą do tego samego wniosku”. (Ortodoksja, 252-253).

8.Wracając do metafory mostu, wspierającego się na różnych filarach, należałoby też wskazać na jej granice. Jak uczy cała tradycja Kościoła, wiara jest tak naprawdę mostem wiszącym - jej jedyne prawdziwe oparcie jest w górze, a jest nim sam Bóg, objawiający się i oczekujący odpowiedzi wiary. Nie znaczy to jednak, że szukanie dla wiary oparcia również od naszej, ludzkiej strony, jest czymś błędnym czy bezużytecznym. W końcu samo Pismo Święte wzywa nas do gotowości „uzasadnienia tej nadziei, która w nas jest” (1 P 3,15).


sobota, 20 kwietnia 2019

Notatki z lektury. Extra Ecclesiam nulla salus

„Poza Kościołem nie ma księdza” - taki tytuł nosi esej literaturoznawcy, profesora Ryszarda Koziołka, który przeczytałem ostatnio na stronie jednego z tygodników. Punktem wyjścia jest w nim obraz księdza, pukającego do zamkniętych drzwi Kościoła, w którym zgromadzeni są wierni. Jest to rzekomo obrzęd pojawiający się w liturgii Niedzieli Palmowej w Kościele greckim. Choć, jak Autor sam przyznaje, przekazana ustnie informacja o obrzędzie okazała się być zniekształcona, obraz pozostał na tyle sugestywny, że stał się zaczątkiem tekstu, dotykającego, najogólniej rzecz biorąc, relacji księdza i świeckich w Kościele.

Główna myśl tekstu jest następująca: ksiądz to „człowiek odłączony”, nie mający ani prawdziwego życia prywatnego (jako nieposiadający rodziny i nieobarczony trudami zwyczajnego życia), ani też nie uczestniczący w życiu publicznym (rozumianym jako działalność biznesowa czy polityczna). Jego jedyną racją bytu jest Kościół, pojęty jako wspólnota ludzi, dla których i z którymi żyje. Poza Kościołem go nie ma, rozpływa się w niebycie i bezsensie. Dlatego, próbuje pokazać Autor, ksiądz o wiele bardziej potrzebuje ludzi niż ludzie księdza.

Tłem artykułu są ostatnie skandale w Kościele, a szczególnie reakcja na nie ze strony niektórych przedstawicieli duchowieństwa, zdaniem Autora będąca jedynie unikiem i mydleniem oczu. Dlatego wzywa on do swoistej formy dyscyplinowania księży przez świeckich. Zamiast czekać na akceptację kleru, lud powinien poczekać, aż kler zrozumie, że sam musi zasłużyć sobie na akceptację, bo inaczej czeka go smutna egzystencja poza marginesem wspólnoty.

Tekst nie jest manifestem, ale - jak pisze Autor - opartym o literaturę „ćwiczeniem z wyobraźni teologicznej dla nieteologów”. Cytując dzieła literackie, prof.Koziołek przedstawia bezsens sytuacji księdza żyjącego poza wspólnotą wiernych. Jest więc fragment z „Ostatniej bitwy templariusza”, powieści przygodowej Arturo Pérez-Reverte, gdzie ksiądz-wysłannik Watykanu rozmawia z wiejskim proboszczem, znanym mizantropem. Rozmowa stopniowo odsłania powód jego mizantropii - topniejące szeregi wiernych, praca sprowadzająca się do namaszczenia chorych, pogrzebów i Mszy Świętych sprawowanych dla garstki obojętnych ludzi. Samotność i smutek.

Przeciwieństwem takiego życia jest spokojna egzystencja anglikańskiego duchownego z idyllicznej, XVIII-wiecznej powieści „Pleban z Wakefieldu”. Tytułowy pleban, pokładający ufność w Opatrzności, mimo różnych trudności osiąga sukcesy tak w życiu prywatnym, jak i publicznym - jako szanowany obywatel i głowa szczęśliwej i dostatniej rodziny. Dla Autora eseju symbolizuje on marzenie dzisiejszych księży, żeby, odrzucając napięcie między Królestwem Bożym a światem, uciec w spokój prywatnego życia.

Dalej pojawia się „Zamek” Franza Kafki, w którym geodeta K. przybywa w zimie do pewnej wioski z poleceniem wymierzenia tajemniczego Zamku, o którym nikt nic nie wie i którego sam K. bezskutecznie szuka, błądząc przez mgły i błota. „Zamek w tej opowieści jest naszym zamkniętym kościołem” - komentuje prof.Koziołek.

Na końcu jest jeszcze mało chyba znana powieść „Pustynia Tatarów”, o młodym poruczniku, który „pragnąć egzotyki, przygód i chwalebnych czynów” wybiera służbę w Fortecy. Została ona wzniesiona do obrony przed nieprzyjacielem, ale ten nigdy nie nadchodzi. Porucznik, „pełen wiary i gotowości do ofiar trwa 30 monotonnych lat w niepotrzebnej służbie”.

„Plebania, Zamek i Forteca, wbrew ich kamiennej solidności, są mirażami. Nie ma czego bronić ani komu zdobywać. Właściwą realnością Kościoła są świeccy chrześcijanie, a treścią prośby odłączonego księdza jest prawo do bycia z nimi razem” - tak podsumowuje prof.Koziołek swoje „ćwiczenie z wyobraźni teologicznej”.

Oczywiście, widać od razu, że cały tekst niewiele ma wspólnego z perspektywą teologii czy w ogóle wiary - mowa w nim o Kościele, o świeckich, o księżach, ale zupełnie nieobecny jest w nim Ten, dla którego i dzięki któremu istnieje Kościół. Tym niemniej, wydaje mi się, że Autorowi udało się powiedzieć kilka ważnych rzeczy. Przede wszystkim dość dobrze zlokalizował iluzje, którym na różnych etapach życia ksiądz może ulegać.

Po pierwsze: stabilne, spokojne i względnie dostatnie życie, które symbolizuje Plebania. Pośpiesznie odprawiona Msza, krótkie (jak najkrótsze) spotkanie dla grupy modlitewnej, a potem dom, ciepłe kapcie, spokój, telewizja albo biblioteka, grill u znajomych, wycieczka zagraniczna czy cokolwiek innego. To wszystko, co zawiera się w symbolu Plebanii to z pewnością rzeczy konieczne do zachowania psychicznej równowagi, ale, kiedy stają się celem samym w sobie, stanowią tak naprawdę ucieczkę od rzeczywistości.

Po drugie, syndrom oblężonej twierdzy, który symbolizuje Forteca. Przywdziewanie szat ostatnich obrońców Cywilizacji. Delektowanie się opowieściami o upadku Kościoła na Zachodzie - niby pełne troski, a tak naprawdę podszyte radością z tego, że u nas lepiej. Rozmowy niezmiennie krążące wokół kolejnych szykan czy upokorzeń, jakich Kościół doznaje od swoich wrogów w różnych miejscach na świecie. Mamy tu oczywiście do czynienia z obserwacjami czy przekonaniami, które niekoniecznie są błędne (w moim mniemaniu w dużej mierze nie są). Mogą jednak stanowić łatwą ucieczkę od realnego życia. Narzekanie na zły stan Kościoła w skali makro często w żaden sposób nie przekłada się na troskę o poprawę jego stanu w tym zakresie, jaki zależy od mojego zaangażowania.

Środkowa z trzech iluzji - Zamek - jest chyba najtrudniejsza do zinterpretowania. Można jednak widzieć w niej ucieczkę w indywidualną duchowość czy pobożność, w obliczu trudności w kształtowaniu relacji z żywym Kościołem.

To, co dla mnie najciekawsze w omawianym eseju, to tytułowe „poza Kościołem nie ma księdza”. Rozumiem je trochę inaczej niż Autor; nie w duchu „walki klas”, którą niektórzy uporczywie próbują przenieść na grunt myślenia kościelnego, ale jako przypomnienie tego, co jest istotą księżowskiego życia. Chodzi o spojrzenie od drugiej strony na słynne hasło, które ukuł, zdaje się, św.Cyprian w ogniu polemiki z trwającymi w schizmie donatystami. „Poza Kościołem nie ma zbawienia”, hasło-ostrzeżenie przed szukaniem indywidualnych ścieżek wiary poza wspólnotą, w uszach księdza ma brzmieć jak przypomnienie, że zarówno jego wieczne zbawienie, jaki i spełnienie w doczesnym życiu, nie ma szans się uobecnić poza Kościołem; Kościołem, który jest konkretnym ciałem, złożonym z konkretnych ludzi, nie dobieranych według własnych gustów, ale tych oto, których w danym momencie życia spotyka na ulicy, przy ołtarzu, czy po drugiej stronie kratek konfesjonału. „On nam zapoczątkował drogę nową i żywą, przez zasłonę, to jest przez ciało swoje” (Hbr 10, 20); „Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa” (1 Kor 12,27).

Kilka myśli na Triduum Paschalne

Wielki Czwartek

Po zakończeniu Mszy Wieczerzy Pańskiej ludzie modlą w Ciemnicy, symbolicznie towarzysząc Chrystusowi w godzinach Jego Męki. Kiedy w Kościele mówi się o Męce Chrystusa, niemal automatycznie staje nam przed oczyma Krzyż. Nie zawsze się pamięta, że były jeszcze te długie (dłużące się) godziny samotnej modlitwy, uwięzienia, przesłuchań, kaźni. Zbawienie nie dokonało się natychmiastowo, ale poprzez długi, rozciągnięty w czasie proces, który z perspektywy ludzi niecierpliwych, żyjących w ciągłym pośpiechu, może wydawać się czymś bezsensownym. Ale, jak uczy cała Tradycja Kościoła, choć Chrystus zbawił nas przede wszystkim przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, to każde wydarzenie z Jego życia ma wymiar zbawczy. Lubię myśleć, że w tych samotnych godzinach szczególnie złączył się On z tymi ludźmi, którzy niewiele mogą zrobić dla poprawy swojego losu poza cierpliwym czekaniem. Poza tym chyba chciał nam przypomnieć, że nie w każdej sytuacji da się znaleźć natychmiastowe rozwiązanie dla wszystkich problemów - czasem trzeba po prostu wytrwale czekać…

Wielki Piątek

Co roku ogromne wrażenie robi na mnie początek Liturgii Męki Pańskiej. Procesja wchodzi wtedy do kościoła w ciszy i zatrzymuje się na progu prezbiterium. Jest ono zupełnie ogołocone: ołtarz to nagi kamień, niczym nie nakryty (ale - akurat w naszym kościele - z piękną płaskorzeźbą Baranka, zwykle słabo widoczną zza kwiatów i opadającego obrusa); brakuje świec i kwiatów, a tabernakulum jest puste i otwarte. Ten, na którego wskazują zwykle wszystkie te znaki i ozdoby, jest nieobecny.

Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi wtedy do głowy, to powrót gospodarzy do mieszkania, które chwilę wcześniej zostało splądrowane przez złodziei. Nie chodzi tu tylko o wrażenie nieporządku czy pustki, ale o poczucie bycia dotkniętym w bardzo osobistej sferze życia. Jakby ktoś w nie brutalnie wtargnął i obszedł się bez szacunku z tym, co najbliższe sercu; zabrał to, co było cząstką mnie; przekroczył wszelkie możliwe granice, dotknął mnie w tym, co najbardziej własne.

W obliczu czegoś takiego można tylko upaść na twarz i milczeć. Choć za chwile w liturgii pojawią się już pewne przebłyski tryumfu Chrystusa (jak choćby adoracja Krzyża), to ważny wydaje mi się ten moment absolutnego przerażenia i osłupienia wobec tajemnicy śmierci Boga. Dopiero na tle smutku Wielkiego Piątku i ciszy Wielkiej Soboty można próbować zrozumieć radość Wielkiej Nocy.

***

Na koniec piękne słowa o Krzyżu, z homilii paschalnej Pseudo-Hipolita (w tłumaczeniu Stanisława Kalinkowskiego, który przełożył mnóstwo innych tekstów Ojców Kościoła i z którym
miałem szczęście mieć zajęcia z łaciny i greki w seminarium):

„To drzewo jest dla mnie wiecznym zbawieniem, nim się karmię, nim się żywię. Zakorzeniam się w jego korzeniach, rozprzestrzeniam się w jego gałęziach, obmywam się jego rosą, a jego duch karmi mnie i ożywia jak powiew wiatru. W jego cieniu rozbiłem namiot i uciekając przed ogromnym upałem mam tam obfitujące w rosę schronienie. Kwitnę z jego kwiatami, rozkoszuję się w pełni jego owocami, swobodnie korzystam z jego plonów, które od początku dla mnie zostały przeznaczone. Ono jest moim pokarmem, gdy jestem głodny, źródłem, gdy odczuwam pragnienie, ubraniem, gdy jestem nagi, jego liście są dla mnie tchnieniem życia, i nie mam już liści figowych. Gdy lękam się Boga, ono jest dla mnie ochroną, wsparciem, gdy toczę walkę, trofeum wojennym, gdy odnoszę zwycięstwo. Ono jest dla mnie wąską ścieżką, ono jest ciernistą drogą, jest drabiną Jakubową i drogą aniołów, na szczycie której naprawdę wsparł się Pan”.

[na ilustracji Via Crucis Henri Matisse'a, z zaprojektowanej przez niego kaplicy w Vence]

poniedziałek, 14 stycznia 2019

El Greco w Siedlcach

W zeszły czwartek widziałem wystawę obrazów El Greca w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. Oprócz „Ekstazy świętego Franciszka”, która jest własnością Muzeum, sprowadzono na nią jeszcze cztery płótna samego mistrza oraz dwa autorstwa jego uczniów.

Szczególne wrażenie zrobiły na mnie dwa obrazy, wiszące na przeciwległych ścianach: „Ukrzyżowanie z widokiem Toledo” (El Greco, 1604-14) oraz „Ukrzyżowanie” (warsztat El Greca, 1601-1625). Obrazy są do siebie podobne: na pierwszym planie ukrzyżowany Chrystus: jasny, oświetlony ostrym światłem, a za nim ciemne, prawie czarne niebo, szczelnie zakryte chmurami.

Na samej górze pierwszego z dwóch obrazów, nad głową Ukrzyżowanego, jest malutki skrawek jasnego nieba. Wygląda, jakby konający Chrystus ufnym spojrzeniem kierowanym ku górze sprawiał, że między chmurami pozostaje jednak jakaś wolna przestrzeń - prześwit, przez który człowiek ogarnięty ciemnościami świata może dostrzec Boże światło.



Na drugim obrazie brak już jednak takiego prześwitu. Na krzyżu wisi bezwładne, martwe ciało. Ciemność jest całkowita, wypełnia całe tło obrazu. Droga człowieka do Boga, która jeszcze w momencie konania wydawała się być otwarta, zamyka się wraz ze śmiercią Chrystusa.

Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka. Po chwili patrzenia oko dostrzega jednak, że pośród całkowitej ciemności otwiera się jeszcze jedna droga: jest to otwarty bok Chrystusa, z którego płynie krew i woda. „On nam zapoczątkował drogę nową i żywą, przez zasłonę, to jest przez ciało swoje” (Hbr 10, 20).


„Wiem gdzie swe wody ma ten zdrój kryniczny,
Ukryty w głębi tajemnic i wieczny,
Choć się dobywa wśród nocy. (…)

Blask jego światła nigdy nie zachodzi,
Bo wszelka światłość od Niego pochodzi,
Choć się dobywa wśród nocy. (…)

To wieczne źródło znalazło ukrycie,
W Chlebie Żywota, aby dać nam życie,
Choć się dobywa wśród nocy”.

(Św.Jan od Krzyża, „Que bien sé yo la fonte”)

niedziela, 6 stycznia 2019

Na Święto Trzech Króli



Papież Benedykt XVI w jednym z kazań na Objawienie Pańskie symbolicznie przeciwstawił sobie dwie grupy postaci przychodzących do żłóbka: pasterzy i Mędrców. Ci pierwsi, przebywający na polu nieopodal Betlejem, byliby symbolem ludzi prostych, ufnych, dla których Boże cuda są czymś wpisanym w codzienność - stąd tak szybko i z taką radością zjawili się przy Jezusie. Ci drudzy, wyruszający z dalekiej krainy, przemierzający długą drogę by móc się pokłonić Królowi, to symbol ludzi naszych czasów: uczonych, raczej nieufnych wobec cudowności, choć otwartych na prawdę. Papież podkreślał, że i pasterze, i mędrcy, znaleźli w końcu drogę do Chrystusa, bo On znał drogę do serc jednych i drugich.

***

Inne, nie mniej ciekawe przeciwstawienie pasterzy i mędrców znalazłem w poemacie „Tym czasom”, napisanym w formie oratorium bożonarodzeniowego przez W.H.Audena, jednego z najwybitniejszych XX-wiecznych poetów języka angielskiego. Role pasterzy i mędrców rozpisane są w nim trochę inaczej: ci pierwsi to ludzie, których życie płynęło w nieznośnej monotonii, w totalnym pochłonięciu banalną codziennością. W spotkaniu z Nowonarodzonym rozpoznają początek niezwykłej przygody. Ci drudzy to z kolei ludzie, którzy całe życie czegoś szukali, dokądś dążyli, nigdzie nie mogąc znaleźć spoczynku. Chrystus jest dla nich wyczekiwaną spokojną przystanią.

Poniżej kilka linijek z poematu Audena (w tłumaczeniu S.Barańczaka; uprościłem zapis, w oryginale niemal każdy wers wypowiada inna postać)

MĘDRCY
W stronę, dokąd wzywała blaskiem dziwna gwiazda,
Dążyliśmy z daleka.
Dłużyła się jazda
W nieznane; naszą małą grupkę coraz częściej
Gryzło zwątpienie, nuda, wzajemne pretensje.
Przez dławiące wąwozy
Rzek zajadłe progi.
Nieobliczalne morza, przełęcze najwyższe,
Przez apatyczne ciżby i brzęczące cisze.
Gruzy kolumn, neonów blaski na wystawach -
Szliśmy tak, licząc mile,
Pomylone drogi -

Tu, teraz nieskończona ustanie wyprawa.

PASTERZE
Myśmy się nie ruszali z miejsca swych narodzin.
Żyliśmy tylko jeden dzień - ten sam codziennie.
Przeszliśmy tysiąc mil przez tysiące godzin -
Ścieżki z domu do pracy wydeptując sennie.

Byliśmy wciąż samotni, chociaż nigdy sami-
Tą samotnością, która doskwierać zaczyna,
Gdy zdajesz sobie sprawę, że twoja rodzina
W tym, jak je, kocha, kłóci się, ubiera, gada,
Jest lustrzanym odbiciem rodziny sąsiada.

Dziś wieczór po raz pierwszy otwarły się bramy
Tych naszych więzień.

Blasku wybuchem i hymnem.
Niebo przerwało naszą codzienną rutynę.
Z serc wymiotło to wszystko, co mdłe i niemrawe.
Tu, teraz w nieskończoną ruszamy wyprawę.

MĘDRCY
Nasz zadufany pewnik: „Szczęśliwy, kto kona”

PASTERZE
Nasz sąd słabych: „Szczęśliwy, kto wraca do łona”

MĘDRCY
Chęć, by przekreślić przeszłość

PASTERZE
Lub przyszłość

WSZYSCY
Za nami.
Lecz właśnie ludzką słabość, chociaż o tym sami
Nie wiedzieliśmy, Miłość czyniła kompasem
I drogowskazem dla nas. Błogosławmy zatem

MĘDRCY
Nasze niecierpliwości

PASTERZE
I zwlekania nasze

***

Pasterze i mędrcy Audena - jedni odkrywający w Chrystusie początek, a drudzy koniec wędrówki - przypominają mi z kolei początek książki „Ortodoksja” G.K.Chestertona. Wspomina on tam o swoim zamiarze napisania „opowieści o żeglarzu - Angliku, który na skutek drobnej pomyłki w obliczeniach odkrył Anglię, sądząc, że jest to nieznana wyspa na Morzach Południowych”. Czytelnikowi, który skłonny byłby uznać pomyłkę owego Anglika za przykład pożałowania godnej głupoty, Chesterton odpowiada, że nic bardziej mylnego, że jest to pomyłka w istocie godna pozazdroszczenia - czy może być bowiem „coś bardziej zachwycającego, niż przeżycie - w ciągu kilku minut - strachu i fascynacji, towarzyszących dalekiej podróży, w połączeniu z głęboko ludzkim poczuciem bezpieczeństwa, które ogarnia nas, gdy wracamy do domu?”. Cały dalszy ciąg tej lekkiej i dowcipnej książki jest właśnie o tym, jak w wierze spełnione zostają oba te, pozornie sprzeczne, pragnienia człowieka.

niedziela, 3 stycznia 2016

Bóg się rodzi



II Niedziela po Bożym Narodzeniu
Syr 24,1-2.8-12; Ps 147,12-15.19-20; Ef 1,3-6,15-18; 1 Tm 3,16; J 1,1-18

1.Większość kolęd śpiewanych na świecie opowiada, najczęściej za pomocą obrazów zaczerpniętych z kultury ludowej danego regionu, o tym, co wydarzyło się w noc Narodzenia: żłóbek, Dzieciątko, pasterze, owce… Kolęda „Bóg się rodzi” Franciszka Karpińskiego, a właściwie jej pierwsza zwrotka, jest w tym kontekście wyjątkowa. Nie opowiada, ale próbuje pokazać głęboki sens tego, co wydarzyło się w Betlejem. Można powiedzieć, że, tak jak większość kolęd jest zainspirowana początkowymi rozdziałami Ewangelii Łukasza, tak „Bóg się rodzi” jest wariacją na temat Prologu Ewangelii Jana, który dzisiaj słyszeliśmy w czasie liturgii. Jako dziecko, śpiewając o tym, że „ogień krzepnie” i „blask ciemnieje”, bezwiednie wyobrażałem sobie ognisko rozpalone przez pasterzy czuwających w nocy przy szopce, a tymczasem chodzi o coś innego: każdy wers wyraża, za pomocą innego obrazu (albo innego paradoksu, czyli sformułowania, które pozornie jest logiczną sprzecznością), to, co tak naprawdę jest niepojęte i niewyrażalne: Bóg stał się człowiekiem.

Bóg (odwieczny, niezmienny) – się rodzi
Moc (Bóg Wszechmocny) – truchleje
Pan Niebiosów – obnażony (czy chodzi o to że pokazał się ludziom, czy po prostu o nagość nowonarodzonego dziecka?)
Ogień (wystarczy pomyśleć o płonącym krzewie, w którym objawił się Mojżeszowi) – krzepnie
Blask – ciemnieje (wszechogarniający blask Boga staje się światłością, która świeci pośród ciemności)
Nieskończony – ma granice
Okryty chwałą – wzgardzony
Król nad wiekami – śmiertelny
Słowo (nie takie zwykłe „słowo”, ale „Słowo” z Prologu Janowego, Syn Boży) – Ciałem się stało.

2.Ta kolęda dobrze wprowadza w treść dzisiejszych czytań, które próbują wyrazić paradoks Bożego Narodzenia: Boża Mądrość (w dzisiejszym 1 czytaniu), odwieczna, od zawsze obecna przed obliczem Boga, wybiera sobie konkretne miejsce na ziemi, konkretny lud – Izraela, by w nim zamieszkać. Odwieczne Słowo (w dzisiejszej Ewangelii), które „było na początku u Boga”, „było Bogiem”, przez które „wszystko się stało” – staje się Ciałem – to jest, konkretnie, małym dzieckiem, położonym na sianie w nędznej szopie, w jakimś miasteczku na głębokiej peryferii Cesarstwa.

3.Ale wydaje mi się, że czytania, szczególnie Prolog Janowy, wyrażają jednak coś więcej niż kolęda Karpińskiego. Akcent położony jest nie tyle na to, że Bóg stał się człowiekiem, ile na to, że, stając się człowiekiem, nie przestaje być Bogiem. Kiedy Jego Matka trzymała Go, płaczącego i zziębniętego, na rękach, On trzymał w dłoniach (w tym wypadku „dłonie” to metafora) cały świat. Jan w bezpośredniej bliskości zestawia sformułowania, które podkreślają Jego Bóstwo: „Bogiem było Słowo”, „przez nie wszystko się stało”, „w Nim było życie” - i te które pokazują, że sposób Jego obecności w świecie jest inny niż obecność Wszechmocnego w stworzeniu: „przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli”, „świat Go nie poznał”, choć stał się przez Nie… Po tej samej linii idzie wspomnienie Jana Chrzciciela jako świadka, posłanego „aby wszyscy uwierzyli przez Niego” – potrzeba posługiwania się ludzkimi pośrednikami to też, w tym wypadku, jakaś forma uniżenia się Boga.

4.Nie wiemy czemu Bóg chciał się objawić w tak niepozorny sposób. Dlaczego nie pokazał się tak, żeby wszyscy musieli przyjąć Go jako Stwórcę i Władcę wszechświata, na tej samej zasadzie na jakiej przyjmują prawo grawitacji czy cykl następujących po sobie dni i nocy. Już apostołowie zastanawiali się, dlaczego tak jest: Juda Tadeusz pytał Jezusa: „Panie, co się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” (J 14,22) – to znaczy (jak mi się zdaje), czemu świat nie dowie się o Tobie inaczej niż przez nasze, tak bardzo niedoskonałe, pośrednictwo. W odpowiedzi Jezus mówi o tych, którzy Go miłują i będą zachowywać Jego naukę; podobnie jak w Prologu, jedyną odpowiedzią na fakt nieprzyjęcia Słowa przez świat są ci którzy jednak Je przyjęli, zyskali moc, aby stać się dziećmi Bożymi, i świadczą o Nim przed światem.

5.Ta tajemnica Boga, który się uniżył (a jednak, wbrew pozorom, nie przestaje być Bogiem) ma swoje przedłużenie w Eucharystii. Bóg przychodzi w formie jeszcze bardziej niepozornej niż w Betlejem – jako kawałek białego chleba, który łatwo można pomylić np. z opłatkiem. Bóg Wszechmocny, trzymający w swoich dłoniach świat, historię, moje życie, we Mszy świętej staje się jeszcze bardziej kruchy, niepozorny, bezbronny (tej bezbronności szczególnie mocno doświadczyliśmy, katolicy z diecezji Pampeluny i Tudeli, kiedy miesiąc temu, na wystawie sfinansowanej i wspieranej przez władze miejskie, pewien artysta pokazał dokumentację fotograficzną swojego dzieła – ponad 200 konsekrowanych Hostii, które pieczołowicie zbierał uczestnicząc przez pół roku we Mszach Świętych i przyjmując Komunię, rozłożone na brudnym chodniku, rzekomo w proteście przeciw pedofilii wśród księży).

6.Pod niepozornym znakiem chleba jest obecny Bóg. To dlatego te wszystkie znaki i gesty, którymi obrósł przez wieki ten znak najprostszy: przyklęknięcia, skłony, cisza, pozłacane kielichy, pateny i monstrancje, tabernakula i ołtarze, i hymn serafinów („Święty, Święty, Święty…”), który w wizji proroka Izajasza jest śpiewany przed tronem Wszechmocnego, a który my intonujemy bezpośrednio przed konsekracją, mając przed oczyma kawałek chleba i kilka kropel wina w kielichu… Jemu te znaki nie są potrzebne, On dał się złożyć na sianie, leżał wśród zwierząt, w brudzie i ciemności. Ale są potrzebne nam, żeby ożywiać w nas świadomość, że On tam jest, że w tym kawałku chleba odwieczne Słowo jest spożywanym przez nas Ciałem.

niedziela, 6 grudnia 2015

Porządkowanie świata



Czytania: Ba 5,1-9; Ps 126,1-6; Flp 1,4-6.8-11; Łk 3,4.6; Łk 3,1-6 
http://mateusz.pl/czytania/2015/20151206.htm

Dzisiejsze pierwsze czytanie to proroctwo skierowane do Żydów mieszkających na wygnaniu. Baruch zapowiada ich powrót do Ziemi Świętej, na wzór dawnego Wyjścia z Egiptu pod wodzą Mojżesza. Piękny jest ten obraz całego stworzenia które robi wszystko by Izrael mógł iść bezpiecznie: góry się obniżają, urwiska i doliny wyrównują, nawet lasy i pachnące drzewa schodzą się, żeby użyczyć cienia pielgrzymującym Izraelitom. Trochę to przypomina obraz Wyjścia przekazany w Psalmie 114, gdzie mowa o górach „skaczących jak barany” i pagórkach „niby jagnięta” przed obliczem Pana, o morzu (Czerwonym) które ucieka i Jordanie, który odwraca swój bieg (by lud pod wodzą Jozuego mógł wreszcie wejść do Ziemi Obiecanej).

W tej zgodnej współpracy całego stworzenia, tak by umożliwić Izraelitom bezpieczną drogę ku Ziemi Świętej, można widzieć obrazowe przedstawienie tradycyjnej nauki o relacji między człowiekiem, światem i Bogiem: jeśli, jak naucza Kościół, celem życia ludzkiego jest spotkanie i poznanie Boga, to wszystkie inne elementy świata zostały stworzone po to, by służyć jako drogowskazy, by prowadzić człowieka do jego Stwórcy. Tymczasem jednak nasze doświadczenie bywa zupełnie inne: świat i wszystkie sprawy z nim związane często zasłaniają Boga zamiast do Niego prowadzić. W przyrodzie raz za razem olśniewa nas piękno i doskonałość i poraża okrucieństwo i obojętność; nawet tam gdzie natura została pozostawiona przez człowieka sama sobie, nie wszędzie da się zobaczyć ślady działania Boga, który jest Miłością. Ale też w innym, bardziej egzystencjalnym sensie: całe bogactwo świata czy różnorodność spraw które składają się na życie każdego, często, zamiast prowadzić do Boga, zatrzymują na sobie, jawią się jako jedyny realny sens ludzkiej egzystencji.

Wierzymy, że ta nieprzenikliwość świata i życia to efekt tajemniczej, pierwotnej katastrofy, którą nazywamy grzechem pierworodnym. Ten grzech nie tylko wprowadził element zła w ludzkie serce – stworzone jako dobre – ale zburzył harmonię całego Wszechświata i zatarł w świecie Boże ślady. To właśnie odtąd przeróżne stworzenia i sprawy tego świata przestały się spontanicznie układać w wielobarwny drogowskaz wskazujący na swojego Stwórcę.

Proroctwo Barucha, podobnie jak analogiczne słowa Izajasza cytowane w dzisiejszej Ewangelii możemy czytać jako zapowiedź czasu, w którym na nowo Boże piękno stanie się widoczne w, jednoznacznym już, pięknie stworzenia, a każde cząstkowe dobro, do którego człowiek dąży, będzie wyraźnie wskazywało na Tego, który sam jest Dobrem. Tymczasem, póki ten dzień nie nadszedł, wprowadzenie w świat i w swoje życie porządku, tak by nic nie zasłaniało sobą Boga, wymaga wielkiego wysiłku i współpracy z łaską.

Adwent jest dobrym czasem żeby taki wysiłek podjąć. Na taki charakter tego okresu wyraźnie wskazują modlitwy dzisiejszej liturgii Mszy Świętej, w których prosimy Boga by sprawił „aby troski doczesne nie przeszkadzały nam w dążeniu na spotkanie z Jego Synem” (Kolekta) oraz „abyśmy przez udział w Eucharystii nauczyli się mądrze oceniać dobra doczesne i miłować wieczne” (Modlitwa po Komunii). Chodzi o wprowadzenie porządku w życie, tak by środki zostały podporządkowane celom, a poszczególne cele celowi ostatecznemu, naszemu spotkaniu z Bogiem na końcu ziemskiej drogi.

Często błędnie myślimy, że grzech to przede wszystkim działania czy postawy złe same w sobie, takie jak zabójstwo, zazdrość, złośliwość czy obmowa. Tymczasem wiele grzechów jest związanych raczej z nieuporządkowanym używaniem tego co dobre – w taki sposób, że różne sprawy, same w sobie o charakterze środków, stają się celem samym w sobie. Być może Adwent to dobry czas do zrobienia rachunku sumienia z takich właśnie przywiązań. Począwszy od najbardziej banalnych, jak tyle razy wyśmiewane (jako zbyt infantylne) przy okazji Adwentu czy Wielkiego Postu nadmierne jedzenie słodyczy, skończywszy na tak poważnych jak nieuporządkowane relacje międzyludzkie (kiedy na przykład czyjaś opinia o nas liczy się tak bardzo że wszystko inne w zasadzie przestaje się liczyć).